Strona główna Prasa / News Wywiad z Kornelem, studentem w Fort McMurray

Wywiad z Kornelem, studentem w Fort McMurray

26

Coraz więcej studentów decyduje się na studiowanie poza granicami kraju. Bardzo często robią to w ramach programu Erasmus, który od 27 lat finansuje wyjazdy na studia do krajów Wspólnoty. Gdy naszym marzeniem jest studiowanie w krajach za oceanem, trzeba w większości działać na własną rękę. Przykładem osoby, która zdecydowała się na taki krok jest Kornel, z którym chodziłem do jednej klasy gimnazjum. Od paru lat studiuje w krainie płynącej syropem klonowym.

Dlaczego Kanada? Jak się tam znalazłeś?

Od małego (albo raczej od młodego, bo mały nigdy nie byłem [Kornel mierzy 202cm wzrostu – dop. T.H.]) zawsze chciałem polecieć do Ameryki Północnej. Stany, Kanada… No, może Meksyk bym sobie odpuścił. Oglądając hollywoodzkie produkcje, widziałem, jak tam wszystko jest ogromne, lśniące, nowe i imponujące. Zawsze chciałem zobaczyć to na własne oczy. Wraz z wiekiem moje zainteresowanie rosło, a chęć wylotu do Ameryki przerodziła się w chęć zamieszkania tam. Jeszcze trzy lata temu myślałem o tym, jako o marzeniu na przyszłość, czymś, co można spróbować zrobić po studiach. Na szczęście okazja trafiła się wcześniej. Po nieudanej przygodzie z Polibudą Warszawską, „wygooglałem” sobie „stypendia sportowe w Ameryce” i znalazłem agencję z Krakowa, która zajmuje się wysyłaniem młodych ludzi za ocean (oczywiście za odpowiednią opłatą).  Zadzwoniłem, i dzięki pomocy pana Marka z tejże agencji, dzięki pomocy moich rodziców oraz swojej determinacji, udało mi się pokonać wszelkie przeszkody i zacząć swoją mroźną przygodę w kraju liścia klonowego.

Edukacja dla Ciebie jest odpłatna. W jaki sposób się utrzymujesz?

Finanse to spory problem. Szczególnie w jednym z najdroższych miast w Kanadzie. Fort McMurray – bo właśnie tu studiuję, jest miastem niesłychanie bogatym – ze względu na swoje bogate złoża piasków roponośnych – ale również strasznie drogim. Najgorszy był początek. Zanim wyleciałem trzeba było załatwić kilka rzeczy, a przede wszystkim uzbierać sporo hajsu. Po pierwsze – bilet lotniczy. Zagadka – co jest droższe – bilet lotniczy do Kanady w jedną, czy w dwie strony? Odpowiedź nie była wtedy taka oczywista. Miesiąc przed moim wylotem najtańszy bilet w jedną stronę kosztował koło 8.000PLN, za to w dwie strony trochę ponad 4.000PLN. Później trzeba było uzbierać pieniądze na czesne. Moje stypendium sportowe działa w ten sposób, że co semestr, dobrze się ucząc i grając w drużynie sportowej, uczelnia zwraca mi pieniądze za czesne. Ale pierwszy raz trzeba było te pieniądze wyłożyć z własnej kieszeni. Co nie było łatwe, ponieważ to wydatek rzędu 2300 dolarów kanadyjskich. Do tego dochodziły opłaty za wizę, za tłumacza przysięgłego (który tłumaczył moje dokumenty), i inne. Gdyby nie pomoc rodziców (w tym Taty, który znalazł mi pracę, gdzie mogłem też trochę dorobić), nigdy nie udałoby mi się zrealizować tego marzenia. Teraz nie jest już tak źle, bo po zapłacie czesnego, jedyne moje wydatki to jedzenie i akademik (jak to dobrze, że już nie palę – paczka Cameli to ponad 13,50 CAD). Mam dobrze płatną, ale cholernie nudną pracę na siłowni. Siedzę za biurkiem, daję klientom bransoletki, czasem sprzątam, czasem się kłócę z pięćdziesięciolatką, że nie może trenować w samym staniku sportowym. Poza tym, ciężka praca na boisku siatkarskim też się opłaca, bo za dobre wyniki sportowe też czasem wpadają sympatyczne, dodatkowe stypendia. Podsumowując: DA SIĘ PRZEŻYĆ.

Czytaj więcej @ http://niespie.com/o-canada-czyli-wywiad-z-kornelem-studentem-w-kanadzie/