Wydarzenia / Events

Dominika Jarczok rzeźbiła w kanadyjskim lodzie

Podziel się tym artykułem z innymi

Podróż do Kanady zaczęła się z przytupem. Taka chyba magia podróży, że zawsze ma prawo coś pójść nie po naszej myśli. Tuż po przyjeździe na lotnisko w Krakowie, z kulturalnym godzinnym zapasem do odlotu zderzyłam się z pierwsza taką perełką. Otóż od stycznia tego roku wprowadzono nowy przepis dotyczący Wyjazdu do Kanady : numer eTA. Ten magiczny zestaw znaków stanął między mną a konkursem. Normalnie sprawa prosta- wchodzi się na stronę, wypisuje odpowiedzi opłaca 7 dolarów kanadyjskich i czeka. Od 1 minuty do 3 tygodni…
W teorii sprawa prosta- w praktyce czułam się jak w angielskojęzycznym zusie…O mało przez przypadek nie złożyłam wizy pracowniczej (serio). Panie z lotniska w Krakowie zeszły ze stanowisk aby mi pomóc. W momencie robienia przelewu zostało mi jakieś 10 min do zamknięcia bramek. Adrenalina większa niż trzymanie piły w ręku. Jeśli wniosek nie zostałby przyjęty leciałabym do Amsterdamu i stamtąd próbowała. Na szczęście nie musiałam. Dosłownie w ostatnich minutach cudowny rząd Kanady zatwierdził moje odwiedziny.

Między lotami miałam dużo czasu na robienie dodatkowych rachunków sumienia- czy mam wszystko, czy jeszcze coś mnie zaskoczy? Udało mi się nawet spotkać gwiazdę internetów Pana Leo Moracchoioli i zrobić sobie z nim zdjęcie. Potem grzecznie poszłam na najdłuższy lot z całej podróży- 9 godzinny lot ogromnym molochem, (który nota bene również o mało nie został zawrócony).

W samolocie przylociej ciężko mi było zasnąć mimo zmęczenia. Przywitał mnie Pan Billy Kierowca. Billy jest dla mnie osobiście tak niesamowitą postacią, że uważam że lepiej by było pisać o nim a nie o mnie- jeśli tylko chcecie opowiem Wam o Billim.
Zaopiekował się mną, pomógł zabrać się do pokoju hotelowego gdzie miałam czekać na resztę uczestników. Było to kilka godzin czasu minimum więc spędziłam go najproduktywniej jak tylko mogłam- śpiąc. Jedna z najmądrzejszych decyzji w moim życiu 😉

Kiedy przyjechał mój członek zespołu Julio Martinez z Meksyku było już doskonale- sama świadomość że nie jestem już sama był kojąca. Jednak znalazła się rysa- otóż większość naszego sprzętu- frezarki, kątówki, dłuta a nawet sprzęty przygotowane specjalnie pod tą rzeźbę zostały zatrzymane na lotnisku. Pojechaliśmy jeszcze raz na lotnisko razem, aby dowiedzieć się czy wszystko ok- i czy dojadą na następny dzień. Oczywiście zostaliśmy zapewnieni, że tak będzie.

Pojechaliśmy zatem na kolację zapoznawczą. Jest to czas kiedy wszyscy Ci którzy nie mieli szansy się poznać robią to. Ogłaszane są wtedy także zmiany w regulaminach,ogólne zasady, przedstawiani sędziowie oraz losowane miejsca pracy aby było sprawiedliwie. My wylosowaliśmy miejsce numer 1. Warto wiedzieć że miejsce przy rzeźbach lodowy może mieć wręcz kluczowe znaczenie dla wyniku konkursu. Trafiło nam się miejsce dość nie osłonięte od słońca, oraz lekko pochyłe- nie byliśmy jednak poszkodowani- warunki były wyrównane..

Pierwszy dzień czwartek 26.01 zaczął się o godzinie 7 rano- co znaczyło pobudkę o 6. Dalej nie było naszych narzędzi z lotniska. Nikt nie wiedział gdzie są.
Pierwszy z trzech dni konkursu zaczął się więc od przygotowania terenu, oraz składaniu bloków. Jeden taki blok waży 120 kg a więc rozplanowanie tego tak aby nie tracić energii jest niezwykle ważne. Dokładne sklejenie bloków rzutuje na wytrzymałości rzeźby i efekcie końcowym. Jury nic nie mogło umknąć. Większość zespołów tak jak i nasz cały ten dzień przezucał pracztycznie tylko lód, oraz rozplanowywał prace. Były również przerwy na posiłki, oraz odpoczynek- jednak nikt nie nadużywał tegoprzywileju Koniec dnia pracy był o 22. Bardzo poważnie podchodzi się na zawodach tej rangi do uczciwej konkurencji więc nie było najmniejszej szansy aby przedłużyć ten czas nawet o minutę.

Piątek to również była praca od 7-22, jednak drugi dzień prac osobiście zatytułowałabym “jetlag”. Mnie osobiście wtedy dopadła różnica stref czasowych. Rano gdy się obudziłam byłam przeświadczona że byłam w Polsce, nie wiedziałam tylko gdzie. Narzędzia się odnalazły ale w Los Angeles. Miały zostać odesłane do Mexico City, jednak udało się przetłumaczyć liniom lotniczym że nie tam są akurat potrzebne. Wszystko nad musiało powstać przy pomocy pił, i rzeczy pożyczonych od innych rzeźbiarzy. (szczególen podziekowanie dla Kee Gewah) W tej branże jednak każdy wie, że takie rzeczy mogą spotkać każdego- zostaliśmy bardzo życzliwie potraktowani, i mogliśmy liczyć na pomoc. Drugi dzień prac to już były widoczne efekty prac. Ja skupiałam się na detalach- a bardziej doświadczony Julio na całości konstrukcji. Okazało się że na następny dzień ma być aż +6 stopni Celcjusza. Dla rzeźb nie osłoniętych od słońca jest to stanowczo za wysoka temperatura. Pojedyncza rzeźba z jednego bloku jest w stanie stać kilkanaście godzin o ile nie jest wystawiona na bezpośrednie słońce- jednak delikatne ale ciężkie skomplikowane dzieła to już inna sprawa. Dlatego wszystko musiało zostać skończone tego dnia, aby była szansa że przez noc się zmrożą choć na tyle aby wytrzymać do godzin oceny czyli do godziny 12. Praca trwała kolejny raz do ostatnich minut. Nikt nie odpuszczał.

Ostatnie godziny od 7- do 22 to już było istne szaleństwo. Klejenie detali, osłanianie przed słońcem wszystkiego co się dało by rzeźba była w stanie jak najlepszym na czas ocen. Pod koniec dosłownie sędziowie przypominali nam o każdej upływającej minucie. Niesamowicie emocjonujące. Po zakończeniu czasu rzeźbiarze zawsze dziękują sobie za współpracę, oraz gratulują rzeźb. To jest ten moment kiedy człowiek sobie myśli- Matko! To naprawdę koniec!
I w tym momencie patrzysz na swoje ręce- zmarznięte, spękane. Czujesz ból w plecach od dźwigania lodu, wyschnięte i popękane usta od ciągłej pracy na wietrze. Nagle dochodzi do Ciebie, że przecież wcale dobrze nie spałaś, bo myślałaś o projekcie… że zawsze jakiś element garderoby był przemoczony. I czujesz tą ogromną radość że pokonałeś siebie razem z członkiem załogi. Że każdy z osób ściskających cię teraz wie ile w to włożyłeś wysiłku i zaangażowania- bo są po tej samej stronie barykady.
Niesamowite.

Niestety nie dane nam było podium. Biorąc pod uwagę warunki jakie było nam dane doświadczyć, oraz brak większości sprzętu zeszło to na drugi plan. Poznałam mnóstwo doskonałych rzeźbiarzy, podpatrzyłam ich przy pracy, rozmawiałam i ich technikach, sprzętach, stylach. Posypały się zaproszenia na inne festiwale z których nie omieszkam skorzystać w przyszłym sezonie konkursowym. A po konkursie? Po konkursie poszliśmy świętować. wysłuchałam gry mężczyzn z dalekiej Jakucji, usłyszałam w chińskiej restauracji wszystkiego najlepszego na nowy rok, oraz częstowałam wysztkich śląskimi Bombonami.

Dlatego z całego mojego serca jeszcze raz chciałam podziękować wszystkim którzy się do tego przyczynili.
Powiatowi Pszczyńskiemu, Pszczyńskiej Fundacji Wspierania i Rozwoju Sportu, za nieodzowny wkład w wysłanie mnie na te zawody. Ludziom którzy dzwonili, pisali i pomagali jak tylko mogli: od znalezienia biletów w jak najlepszej cenie (Agata rządzisz!) po propozycje noclegu (dziękuję całej Polonii w Edmonton). Ludziom którzy nagłaśniali sprawę, lub znali odpowiednie rozwiązania. Fedrze- która wie gdzie iść. Całemu powiatowi, i mediom za nagłaśnianie sprawy i dzięki temu sprawienie że to stało się możliwe. I najważniejsze- mojej jakże wielkiej rodzinie- mieliście okazję wychować mnie i ukształtować i wspierać na całej drodze mojego życia- to dzięki Wam teraz rzeźbię.

Tak zakończyła się pierwsza część podróży. Drugi etap to podróż do Ottawy. Do jednego z najbardziej prestiżowych konkursów na świecie Winterlude- gdzie miał się odbywać puchar Kanady. Z racji znajomości które udało mi się nawiązać na wcześniejszych konkursach mogłam bardzo dokładnie obserwować pracę każdego rzeźbiarza. I tak porozmawiałam z każdym, i każdy mnie czegoś nowego nauczył. Od ostrzenia dłut- co jest najważniejszym chyba elementem, aż po pokazywanie narzędzi- co warto mieć, a czego nie warto. Jedno co jest pewne- warto było tam być.

Dominika Jarczok – HandCrimes

Czy chcielibyście gościć w Edmonton więcej talentów z Polski?

Komentarze

comments