Strona główna Felietony 9 rocznica tragedii pod Smoleńskiem

9 rocznica tragedii pod Smoleńskiem

158 views
0
Podziel się tym artykułem z innymi

Każdego kolejnego dnia po 10 kwietnia wydarzała się druga tragedia – rozbiór naszej wspólnoty politycznej, duchowej jedności. Trwa ona do dzisiaj, zbiera druzgoczące żniwo i naznacza piętnem życie publiczne.

Dziewięć lat temu pod Smoleńskiem doszło do tragiczniej katastrofy. Ale przecież owego pamiętnego roku doszło nie do jednej, ale do dwóch potwornych klęsk. Pierwszą było to, co wydarzyło 10 kwietnia w Rosji. Drugą było to, co stało się w jej następstwie w Polsce. Pod Smoleńskiem zginęło 96 osób, w tym urzędujący prezydent wraz z małżonką, ostatni prezydent na uchodźstwie i wielu innych wysokich funkcjonariuszy państwowych, przedstawiciele wojska, kościołów i związków wyznaniowych oraz społeczeństwa obywatelskiego. To bez wątpienie dramat społeczeństwa, ale przede wszystkim bliskich ofiar. W kolejnych miesiącach doszło jednak do – kto wie, czy z punktu widzenia państwa nawet nie potworniejszej – tragedii polegającej na zabójstwie polskiej Wspólnoty, ostatecznego i głębokiego rozpadu Polski na dwa nienawidzące się plemiona.

Oczywiście tej drugiej katastrofy nie mogłoby być bez pierwszej. To ta pierwsza – przez swoją niezwykłą symbolikę, przez niewyobrażalny tragizm, przez swego rodzaju nieracjonalność, stała się podglebiem tej drugiej tragedii.

Winy za nią nie są wcale rozłożone po równo, ale też nie jest tak, że ktoś tu jest niewinny. Winę ponoszą nie tylko ci, którzy prawie od razu złapali za szablę, topór, pióro czy klawiaturę – co kto miał pod ręką – i włączyli się w polsko-polską wojnę, ale również ci, którzy się jej ze stoickim spokojem przyglądali, uznając, że czas uleczy rany, że wszystko wróci do normy, że znów staniemy się normalnym krajem. Czas minął, ale rany się nie zagoiły, a my nie zmądrzeliśmy ani nie znormalnieliśmy.

Daliśmy się bowiem zaszantażować obu stronom. Jedna od początku twierdziła, że oto doszło do zbrodni, ponieważ na terytorium rosyjskim zamordowano polskiego prezydenta, trzeba więc nie tylko dojść do prawdy, ale przede wszystkim rozliczyć wówczas rządzących – z Donaldem Tuskiem na czele – za mniej lub bardziej świadomy udział w spisku na życie pasażerów lotu do Smoleńska.

Z drugiej strony mieliśmy równie grubymi nićmi szytą narrację o winnych katastrofie bliźniakach – jeden pijany wraz z pijanym dowódcą sił powietrznych naraził życie swoje i pasażerów tylko dlatego, że lądować kazał mu drugi bliźniak

Duża odpowiedzialność spada na tych, którzy dzierżyli wówczas stery władzy, bo to oni mają narzędzia, by działać w odpowiedni sposób. Kłopot w tym, że sytuacja całkowicie przerosła Donalda Tuska, który chyba nie docenił powagi wydarzeń, ani tego, że każda jego decyzja będzie miała później kolosalne konsekwencje. Ówczesny premier uznał, że wystarczy zorganizować piękne uroczystości pogrzebowe, by spełnić wymóg przyzwoitości.

Dziś jednak wiemy, jak katastrofalnym i brzemiennym w skutki błędem było pozostawienie Rosjanom identyfikacji i sekcji zwłok, co później sprowadziło na wiele rodzin koszmar ekshumacji i pytań, czy w grobie leżą szczątki bliskiej osoby. Nie wynikało to zapewne ze złej woli, ale chęci jak najszybszego zakończenia tych procedur i oddania trumien rodzinom, ale też z braku doświadczenia. Obie strony patrzyły na siebie nieufnie, ale w sytuacji tak ciężkiej politycznej wojny każdy szczegół urastał do olbrzymiej rangi, każde zaniechanie rodziło pytania o złą wolę, czy wręcz zacieranie śladów zbrodni.

Tym bardziej że w kolejnych dniach Platforma Obywatelska popełniła inny straszliwy błąd: nie pomyślała, by podzielić się stanowiskami, które zostały zwolnione w wyniku śmierci członków delegacji z PiS. Tuskowi zabrakło wyobraźni, by zdecydować się na to, by któryś z ważnych urzędów oddać ówczesnej opozycji. Owszem, konstytucja nakazywała przeprowadzić wybory prezydenckie w ciągu trzech miesięcy, ale nigdzie nie było powiedziane, że należy wszystkie stanowiska obsadzić własnymi ludźmi. W efekcie druga strona uznała, że Platforma jest beneficjentem tej katastrofy – przejęła urząd prezydenta, rzecznika praw obywatelskich, prezesa NBP, a następnie kolejne urzędy, które były obsadzane dzięki uzyskaniu takiej przewagi. Być może zapał, z którym PiS po zwycięstwie w 2015 roku czyścił wszystkie urzędy, był odreagowaniem właśnie tamtej smoleńskiej traumy, która przyczyniła się do tak głębokich podziałów.

Totalna wojna, która wybuchła po 10 kwietnia, a więc nasza druga narodowa katastrofa smoleńska, uniemożliwiła wyciągnięcie wniosków z tej pierwszej. Z powodów politycznych bała się to zrobić Platforma, bo wówczas oskarżyłaby samą siebie za to, co zdarzyło się w Smoleńsku. PiS, gdy wygrał wybory, też nie potrafił tego zrobić. Postawił Smoleńsk obok wielkich narodowych symboli, w szeregu obok żołnierzy wyklętych, powstańców warszawskich, oficerów zamordowanych w Katyniu. Jako rezerwuar patriotycznych i politycznych wzruszeń. Ale nie zrobił nic, by te klęski nie spotkały nas w przyszłości. Dzisiejsi oponenci Prawa i Sprawiedliwości nie mają w ogóle takich ambicji, gdyż horyzont ich działań nie wychodzi poza moment odsunięcia PiS od władzy. Dlatego też druga katastrofa smoleńska trwa, zbiera druzgoczące żniwo i naznacza piętnem nasze życie publiczne.

Bogdan Koral Konikowski